Stanisław Blady obiektywnym okiem o sporcie

Wpisy

  • piątek, 21 października 2011
    • Dziennikarski obiektywizm, a nasza gra...

      http://www.google.pl/imgres?q=rado%C5%9B%C4%87+z+gola+legia&um=1&hl=pl&client=opera&rls=pl&channel=suggest&biw=1366&bih=603&tbm=isch&tbnid=uWXjA_nILAiOpM:&imgrefurl=http://sport.newsweek.pl/legia---spartak-2-2--legia-strzela-i-traci,80971,1,1.html&docid=A0A5OajQilcZ_M&imgurl=http://www.newsweek.pl/bins/Media/Pictures/99/99ca/99ca2d7b6d4149c9b7385110f5a54311_thb14.jpg&w=300&h=225&ei=GH6hTvftIan54QTos4TEBA&zoom=1&iact=hc&vpx=791&vpy=309&dur=259&hovh=180&hovw=240&tx=101&ty=106&sig=117998290012104702894&page=11&tbnh=120&tbnw=227&start=208&ndsp=21&ved=1t:429,r:11,s:208

       

      Bardzo się cieszę, że Legia pokonała wczoraj Rapid w Bukareszcie. I to nie tylko dlatego, że kibicuję polskim drużynom w rozgrywkach europejskich, ale przede wszystkim na przekór niektórym dziennikarzom. Otóż niedawno jeszcze czytałem przy okazji porażki Śląska z Rapidem, że Rumuni to świetny i niedoceniany przez nas zespół i póki co nasze kluby nie są w stanie rywalizować z zespołami na takim poziomie. Uwielbiam też komentarze Wojtka Kowalczyka (choć cenię naprawdę jego niektóre proste spostrzeżenia), który strasznie znęca się nad Legią i całą naszą piłką, mówiąc ciągle o nieudacznikach. Chociażby przy okazji meczu z Hapoelem, gdzie przez cały mecz krytykował taktykę i sposób gry legionistów. Mecz tymczasem był wygrany, podobnie jak ten z Rapidem. Nie twierdzę, że Legia to wielki zespół. Ale na pewno zespół, który stać na przyzwoite wyniki w Europie. Panowie dziennikarze. Polskie kluby i reprezentacja to nie Anglia czy Hiszpania i nie równajmy do tych krajów i ich klubów. Rozumiem, że każdy by chciał, by do Polski przyjeżdzały zagraniczne kluby z góry skazane na porażkę, a jedyną niewiadomą byłaby różnica bramkowa. Równajmy do tych, którzy są w naszym zasięgu. A Rumunii na pewno w tym zasięgu są. Warto też wspomnieć, że wczorajsze zwycięstwo Legii pozwoliło nam wyprzedzić tą właśnie Rumunię w prowizorycznym rankingu UEFA. Blisko mamy też w zasięgu Białoruś i Chorwację, które w rozgrywkach mają już tylko po jednej drużynie, a więc isnieje prawdopodobieństwo, że i te kraje wyprzedzimy. Nie jest więc jeszcze aż tak źle. I wierzę w dalszą przyzwoitą grę naszych klubów w Europie. Dajmy trochę kredytu zaufania trenerom i krytykujmy ich dopiero po kompromitujących wynikach. A jeśli wygrywamy to nie nie głaszczmy naszych zwycięzców po głowach, ale też ich nie krytykujmy, bo zwycięstwo to przecież zwycięstwo. Za parę lat przecież nikt nie będzie pamiętał, że Dembele dostał czerwoną kartkę przeciwko Wiśle i zostaną tylko suche współczynniki UEFA. Trzymajmy więc kciuki, by były one jak najwyższcze. A jest na to spora szansa w perspektywie dwóch lat, bo odpada nam za rok najgorszy sezon w ostatnich latach (2007/2008), gdzie nasze kluby poniosły totalną klęskę. Kibicujmy po prostu i trzymajmy w tym wszystkim trochę obiektywizmu, nie robiąc z Rybusów Messich.

       

      http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/sharp-zbada-kulture-kibicowania-europejczykow-wideo


      Może wtedy nie będziemy się aż tak złościć po kolejnych niewykorzystanych stupocentowych sytuacjach, ale będziemy wierzyć, że mimo to, te Rybusy są w stanie pokazać dobry futbol na europejskim poziomie.

       

      Stanisław Blady 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dziennikarski obiektywizm, a nasza gra...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanislawblady
      Czas publikacji:
      piątek, 21 października 2011 16:30
  • czwartek, 20 października 2011
    • Podsumowanie ME w tenisie stołowym - Ergo Arena

       

       Ergo Arena podczas Mistrzostw Europy w tenisie stołowym

       

       

      Zakończone w ostatni weekend Mistrzostwa Europy w tenisie stołowym nie dały mi wielkiej satysfakcji jeśli chodzi o emocje sportowe. Z jednej strony wybrałem się tam z ciekawości, że będę obserwatorem sporej imprezy sportowej, ale sam nie wiedziałem czego się spodziewać. I niestety nic wielkiego nie uraczyłem. A słożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze poziom sportowy nie zachwycił, przez co wygrali ci co wygrać mieli. Szczególnie u mężczyzn nie było nawet momentu zagrożenia dla Timo Bolla, bo u kobiet Chinka Li Jiao grająca w barwach Holandii miała kilka niepewnych momentów. Widoczne to było bardzo w starcie drużynowym, gdzie dominacja odpowienio Niemców i Holenderek była ogromna. Niestety brak rywalizacji sprawia, że nie ogląda się widowiska sportowego z wielką pasją. Trzeba było więc przerzucić ciężar uwagi na pojedynki tych nieco gorszych, bijących się o półfinały. I tu zauważyć trzeba ciekawe pojedynki Serba Karakasevica i naszej "małej" Li Qian. W obu wypadkach skończyło się awansem do półfinałów i brązowymi medalami. Niestety sukces polskiej Chinki ciężko sprzedać w mediach. To tak jak w piłce nożnej. Prosty przykład: niby to Ludovic Obraniak jest mistrzem Francji z Lille, ale dopiero przyjście tam Ireneusza Jelenia spowodowało większą uwagę tym klubem. Tak i tu ciężko wpadać w euforię, gdy medal zdobywa importowana zawodnicza, choć na pewno jest to spory sukces. Zawiedli natomiast kompletnie nasi panowie. Drużynowo spadli z najwyższej dywizji, nie pokazując przy tym nic pozytywnego. Porażki z zawodnikami niżej notowanymi i to w kiepskim stylu na pewno nie przynoszą splendoru. Nie lepiej było też w singlu. Miejsce w przedziale 17-32 polskiego Chińczyka Wandżiego to na pewno nie szczyt naszych oczekiwań. Zawidli natomiast kompletnie Kosowski i Górak. Momentami bez walki w drużynie, nie zrekompensowali się też i w singlu. A mieli wraz z Barkiem Suchem ciągnąć naszą reprezentację, po ogłoszeniu rezygnacji z gry Lucjana Błaszczyka. Niestety zawód. I jak w tym kontekście odbierać niedawny strajk tych zawodników i konflikt z Polskim Związkiem Tenisa Stołowego. Na pewien czas zawieszeni, musieli wrócić do kadry tuż przed Mistrzostwami Europy, bo nie było ich kim zastąpić. Co zatem teraz panowie? Zawiodła mnie też trochę Ergo Arena. Czytałem o niej, że to piękna i potężna hala. I owszem z zewnątrz sprawia takie wrażenie. Ale już wewnątrz trochę to wrażenie ginie. Sporo niedoróbek takich jak czysty beton zamiast ładnie wykończonych elementów, żarówki zwisające z sufitów zamiast jakiś lamp itd. No cóż, ale hala jest i przynajmniej na siebie zarabia, pytanie tylko czy nasi zawodnicy taką grą, zarabiają na swoją dyscyplinę poprzez jej popularyzację...

       

      A oto urywki finału mężczyzn (na potwierdzenie jednostronności):

       

       

       

       

       

       Stanisław Blady

       

      ps. nie pomyliłem się chyba, prorokując wcześniej to co wydarzy się na Mistrzostwach Europy 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Podsumowanie ME w tenisie stołowym - Ergo Arena”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanislawblady
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 października 2011 15:38
  • wtorek, 04 października 2011
    • Ja Orest patrzę z góry

       

       

      Za nami niedzielny hit na Łazienkowskiej Legia - Wisła. Mecz mógł się podobać i potwierdził ostatnią niedyspozycję Wisły. Natomiast inny pogląd na ten mecz miał trener Śląska Orest Lenczyk. I nie chodzi tu o poziom itd. ale o godzinę rozgrywania meczu. Przez to, że Canal+ wybrał ten mecz na hit kolejki, mecz odbył się o godz. 17. Śląsk z tego powodu, by nie kolidowała się ramówka ligowa swój mecz zaczął o godz. 14.30. Oto cytat trenera Lenczyka na konferencji pomeczowej:

       

      "Jesteśmy na pierwszy miejscu i patrzymy z góry. Tylko żałuję, że w niedzielę mecz Legia - Wisła jest najważniejszym w tej rundzie. Potraktowano nas jak ubogiego krewnego wsadzając nas na godzinę, która raczej jest obiadową, a nie meczową..."

        

      http://www.tuwroclaw.com/pliki/wywiady_pictogram/orest_lenczyk/orest3.jpg 

       

       Mam wielki szacunek do trenera Lenczyka i uważam go za jednego z 3 najlepszych polskich trenerów obok Smudy i Fornalika. Cenię też Oresta za trafne spostrzeżenia i ciekawe polemiki z innymi mądrymi głowami piłki nożnej. Jego jednozdaniowe docinki często trafiają w samo sedno. Ale tutaj niestety trener mnie lekko zawiódł. Ale może za dużo czasem oczekuję od jego wypowiedzi. Otóż mecz Legia-Wisła to oczywisty klasyk ostatnich lat w naszej lidze i obok Lecha to najmocniejsze drużyny. Śląsk dopiero do tej trójki chce dołączyć i zaczyna to robić skutecznie, ale właśnie, dopiero zaczyna to robić. Na pewno hitem każdej kolejki będzie mecz Śląska z którąś drużyną ze wspomnianej wielkiej trójki. To już coś, bo na pewno takim hitem nie będzie mecz Legii z ŁKS-em czy Wisły z Podbeskidziem. I kolejna rzecz, zadałbym trenerowi Lenczykowi 3 pytania: kto jest mistrzem kraju? kto zdobył puchar kraju? i wreszczcie kto reprezentuje nasz kraj w Lidze Europejskiej? To pytania która pokazują dlaczego ciągle to mecz Legii z Wisłą jest najważniesjzym meczem naszej ligi. I trenerze nie obrażaj się, bo nic nie stoi na przeszkodzie, by na każde z tych pytań móc odpowiedzieć w przyszłym roku Śląsk Wrocław, a kto wie może wtedy zamiast Ligi Europejskiej zapytam się o Ligę Mistrzów. Wtedy jeśli dalej sytuacja się powtórzy, to będę pierwszym, który przyzna trenerowi rację. 

      A tak na koniec, prosze zobaczyć, o której  gra się w lidze angielskiej, włoskiej czy niemieckiej. Tam jakoś nie narzekają.

       

      Stanisław Blady 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ja Orest patrzę z góry”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanislawblady
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 października 2011 09:46
  • piątek, 30 września 2011
    • Dżihad Legia

       

      http://demiart.ru

       

      Podczas meczu Ligi Europy Legia-Hapoel Tel Awiw, kibice na popularnej żylecie, czyli trybunie północnej zorganizowali piękną oprawę, naprawdę zapierającą dech w piersiach. I nikt by nie robił żadnej afery, gdyby nie napis po arabsku: "Dżihad Legia". Napis spowodował, że zamiast zachwytu władz UEFA, pewnie Legia dostanie słoną karę pieniężną. Napis uchodzi bowiem za hasło obraźliwe i rasistowskie w stronę drużyny z Izraela. Ale chciałem podać kilka argumentów za tym, że tak nie jest, a prędzej kibice zrobili to nieświadomie, niż z premedytacją chcieli kogoś mocno urazić.

      

       

       

       

      Otóż często kibice używają haseł nie dla tego, że coś oznaczają i mają w sobie jakie wartości, ale dlatego, że po prostu dobrze brzmią i się podobają. Podobnie jak z hasłami wyborczymi polityków. Za nimi nic się nie kryje, prócz próby przypodobania się wyborcom. Tak samo tutaj. Hasła mają robić wrażenie na wszystkich zaineresowanych: 1) kibicach gospodarzy - by ultrasi zdobyli jeszcze większy podziw dla swojej działalności i poparcia i ewentualnie by poszerzyć swoje szeregi o młodych i krewkich, 2) kibicach gości - by pokazać kolokwialnie kto tu rządzi i kto jest lepszą grupą kibicowską, (w oprawach akurat Legia nie ma w kraju równych), 3) piłkarzach - by piłkarze gospodarzy poczuli jeszcze większe wsparcie od kibiców i dodatkową adrenalinę do walki, a piłkarze gości by poczuli przerażającą  atmosferę i by trzęsły im się nogi, 4) działaczach - by zobaczyli jacy to kibice są wspaniali i jaką niesamowitą atmosferę stwarzają, w zamian oczekując oczywiście akceptację władz klubu dla swojej całej działalności także pozaboiskowej, 5) dziennikarzach - by o kibicach się pisało, nie ważne dobrze czy źle, sęk by się pisało bo to fajnie i trendy, można się pochwalić potem przed kumplami, kibicami przeciwnymi itd.

       

      A teraz z powrotem do głębszych myśli w hasłach. Otóż co one znaczą dokładnie wie pewnie garstka z kibiców. Jakby zrobić test wszystkim kibicom z "Żylety" co znaczy "Dżihad" to podejrzewam, że około 30 proc. nie wiedziałaby w ogóle, 60 proc. pewnie umiała by powiedzieć, że to znaczy "Święta wojna" i nic więcej, a święta wojna to przecież brzmi fajnie. Około 10 proc lub mniej natomiast w miarę precyzyjnie umiałaby wytłumaczyć głębiej to pojęcie. Inny prosty przykład, czyli nazwa części kibiców "Nieznani sprawcy". Prawda, że brzmi fajnie. Oczywiście, nie trzeba długo szperać w necie by znaleść przywódców tej grupy, ale w nazwie oczywiście są nieznani. Bo niby jak się mieli nazwać, drętwo typu "kibice legii" czy "groźni legioniści"? I tak jest z wieloma hasłami. Ma brzmieć groźnie i intrygująco, a dla większości po prostu fajnie by wzbudzać szacunek.

       

      A tu dla zaintereswanych co znaczy "Dżihad":

      w kulturze islamu pojęcie pierwotnie oznaczające dokładanie starań i podejmowanie trudów w celu wzmocnienia wiary i islamu. W tradycji europejskiej termin ten często, choć nie do końca precyzyjnie, tłumaczy się jako „święta wojna”.

      W Koranie i muzułmańskiej tradycji dżihad oznacza wszelkie starania podejmowane w imię szerzenia i umacniania islamu: zarówno poprzez walkę zbrojną, nawracanie niewiernych, pokojowe propagowanie islamu, jak i wewnętrzne zmagania wyznawcy.

       

      Oczywiście w wydaniu kibiców Legii nie ma to nic wspólnego z islamem. Większość kibiców, pewnie nie ma żadnej wiedzy, co do szczegółów tej religii.

      A oto jak Dżihad widzą legioniści:

       

      

       

       I gdzie tu islam?

       

      I jeszcze jeden ważny powód, dla którego nie powinno być kary w tym wypadku. Otóż Hapoel to w Izraelu nielubiany klub. Właśnie dlatego, że zatrudnia piłkarzy pochodzenia arabskiego. A w Izraelu jest to niemile widziane. Także podejrzewam, że dla wielu piłkarzy i kibiców Hapoelu są to hasła na porzadku dziennym. Panowie dziennikarze i władcy UEFA, nie ma tu więc żadnych haseł rasistowskich, bo żeby te zaistniały muszą też być przekonania. A tu przekonań nie ma, jedynym przekonaniem jest kibicowanie Legii Warszawa. Są to zatem same hasła.

       

      Stanisłw Blady

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Dżihad Legia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanislawblady
      Czas publikacji:
      piątek, 30 września 2011 10:49
  • środa, 21 września 2011
    • Potęga czy nie? No i gdzie Ci, których nie było?

      W związku z przetaczającą się falą tekstów dziennikarskich i nie tylko, na temat aktualnej sytuacji w naszej męskiej siatkówce, postanowiłem włączyć się do dyskusji. Niektóży uważają, że jesteśmy potęgą, a dojście takich graczy jak Zagumny, Wlazły czy Pliński tylko tą kadrę jeszcze wzmocni. Inni natomiast uważają, że kadra miała sporo szczęścia i dalej miotamy się by do tej czołówki dołączyć. Jak zatem jest? Postanowiłem przejrzeć szczegółowo obecną sytuację i wyciągnąć swoje własne wnioski. 

      

      http://wiadomosci.dziennik.pl/sport/galeria/356693,1,austria-wieden-polscy-siatkarze-po-zwyciestwie-w-wiedniu-z-rosja-3-1-zdobyli-brazowy-medal-mistrzostw-europy-galeria-zdjec.html

      

      Ten sezon jest niesamowity. Dwa medale na wielkich imprezach. I to medale zdobyte bez teoretycznie najmocniejszego składu. Nie dość, że w kadrze nie znaleźli się przywoływani już Zagumny, Wlazły i Pliński, to jeszcze z kadry na ME wypadł Bartman, który w Lidze Światowej prezentował się nadzwyczaj dobrze na nowej dla niego pozycji atakującego. Niestety kontuzja sprawiła, że na MŚ pojechał Gruszka i Jarosz. Z drużyny, która na MŚ w 2006 r. zdobyła srebro, na ME zabrakło nie tylko wspomnianej trójki, ale także Kadziewicza, Świderskiego, Grzyba, Bąkiewicza i Szymańskiego. Także na pozycji libero zaszła zmiana. Jednak tutaj moim zdaniem sytuacja jest dość jasna. Gacek to zawodnik, który trzyma w miarę równy poziom, natomiast Ignaczak to zawodnik bardziej nieprzewidywalny. Potrafi momentami wybronić niesamoite piłki, by potem popełnić łatwe błędy. Ale moim zdaniem poziom podobny, kwestia jaki typ zawodnika odpowiada bardziej trenerowi. Na szczęście obaj są chętni do gry, więc tu nie ma problemu.  

      

      echodnia.eu

      Co do wymienionych medalistów na MŚ to sytuacja wygląda różnie. Do kadry raczej nie wróci już Kadziewicz i trudno będzie to też zrobić Świderskiemu (mimo to, ten cały czas jest w sferze zainteresowań Anastasiego). Wojciech Grzyb natomiast wyraźnie przegrywa rywalizację z obecnymi środkowymi, więc też na jego szybki powrót do kadry bym nie liczył. Ale skoro są lepsi, to trudno się dziwić. Na tegorocznych ME zabrakło też ważnego ogniwa ze złotej ekipy czyli Michała Bąkiewicza. Ale on cały czas o miejsce w kadrze rywilizuje, niestety dla niego doszedł mu nowy bardzo mocny konkurent w postaci Michała Kubiaka. Ale rywalizacja jest bardzo zdrowa i wydaje się, że na pozycji przyjmującego mamy dość klarowną sytuację. Przyjmującym z lepszym atakiem jest Bartosz Kurek, czyli obecnie nasza największa gwiazda. Natomiast na pozycję atakującego z dobrym przyjęciem i obroną kadyduje czwórka: Winiarski, Ruciak, Kubiak, Bąkiewicz. Wszyscy deklarują chęć gry w kadrze i są na każde zawołanie trenera jeśli nie mają poważnej kontuzji...

      

      

      Natomiast na pozycjach atakującego, środkowych i rozegraniu jest sporo pytań w związku z absencją naszych niby gwiazd. Więc właśnie. Rozumiem, że wielu by widziało Zagumnego jako pierwszego rozgrywającego, a Żygadłę na ławce, podobnie jak Wlazłego ze zmieniającym go Gruszką i Plińskiego za Kosoka grającego w pierwszej szóstce kosztem Nowakowskiego. Czyli tak wygląda teoretycznie nasza pierwsza szóstka: Wlazły, Zagumny, Pliński, Możdżonek, Kurek, Winiarski. Na zmianę wchodzą odpowiednio Gruszka, Żygadło, Nowakowski, Bartman, Ruciak (Kubiak lub Bąkiewicz). Libero już wg uznania w danej chwili.

      

       paulaxj.blogspot.com

       

      Ale czy to faktycznie najlepsza kadra i to kadra, która skuteczniej biła by się z Włochami w półfinale. Tutaj śmiem wątpić. A powód jest prosty, czyli ludzkie charaktery. Trudno mi sobie bowiem wyobrazić w jednej kadrze Zagumnego i Żygadłę, czy nagle powracającego bez żadnych negatywnych komentarzy wewnątrz kadry Wlazłego. Najmniejszy problem byłby z Plińskim, ale czy w związku z tym to byłyby wzmocnienia, czy wręcz odwrotnie, ewentualne wewnętrzne konflikty spowodowałyby gorsze wyniki? 

      

       sport.pl

       

      Są to trudne pytania, na które na pewno będzie musiał odpowiedzieć sobie trener Anastasi. Myślę, że na pewno perspektywa gry na olimpiadzie skusi nieobecnych na ME do powrotu. Możliwe jest też, że wspólny cel jakim jest medal IO (jedynego brakującego nam medalu w ostatnim czasie w wielkich imprezach) przesłoni konflikty i wszyscy się skupią na przygotowaniach i walce. Ale też scenariusz negatywny nie jest wykluczony. Przypomnijmy sobie chociażby konflikt z Łukaszem Żygadłą i liście reprezentantów w tej sprawie. Jak dla przykładu zareagowałby nasz kapitan Piotr Gruszka, który zawsze jest gotów na każde powołanie mimo zmęczenia i kontuzji, na wiadomość, że do kadry wraca sobie ot tak Wlazły, który sam sobie wybiera kiedy chce grać i dodatkowo wskakuje od razu do pierwszej szóstki. Zostawiam zatem Was z tymi pytaniami, bo sam nie umiem na nie odpowiedzieć. Myślę, że każda próba odpowiedzi jest hipotetyczna i Ci, którzy uważają, że mają gotowe rozwiązania na ten temat mnie tylko śmieszą (w tym wszechwiedzacy dziennikarze). Jedynym, który będzie się musiał z tym zmierzyć jest trener reprezentacji i szczerze mówiąc mu nie zazdroszczę. Ale ponoć kłopot bogactwa to tylko pozytywna sprawa, a u nas w kraju wszyscy się najlepiej znają oczyiwście na piłce nożnej, skokach narciarskich i właśnie siatkówce.  A wy jak sądzicie jesteśmy potęgą i czy potrzebni nam Ci, których nie było na ME?

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Potęga czy nie? No i gdzie Ci, których nie było?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanislawblady
      Czas publikacji:
      środa, 21 września 2011 16:25
  • poniedziałek, 19 września 2011
    • Ivan Zdobywca

       

      Nie na naszej reprezentacji chciałem się dziś skupić, która zdobyła brązowy medal Mistrzostw Europy w sitkówkę, ale o tym, który te mistrzostwa zdominował, czyli o MVP mistrzostw Ivanie Miljkovicu.

       

      http://www.volleywood.net/volleyball-related-news/volleyball-news-europe/ivan-miljkovic-is-back/

       

      Zawodnik niemal nie z tej planety, który chwilami w pojedynkę walczył z Rosjanami w półfinale i to walczył skutecznie. Zawodnik bez którego Serbia nie marzyłaby nawet o złocie Mistrzostw Europy, a wejście do półfinałów byłoby uznane za wielki wyczyn. Ivan to bowiem ostatni z wielkich jaki pozostał w boju. Nie zobaczymy już w reprezentacji Serbii takich tuzów jak bracia Grbic czy Gorana Vujevica, ale Ivan pozostał i gra jak za najlepszych lat. Mierzący 206 cm i ważący 90 kilo atakujący kończy kolejne rozegrania z niesamowitą siłą i precyzją co czyni go prawdopodobnie numerem jeden wśród zawodników grających na tej pozycji. Grając z drużynami w których występuje Serb, to on jest zawsze pierwszym punktem w całej skomplikowanej dziedzinie taktyki jaką jest rozpracowywanie rywala. Gdy wchodził do reprezentacji był tylko jej idealnym dopełnieniem, dziś jest natomiast ogniwem, bez którego praktycznie reprezentacja nie istnieje na najwyższym poziomie. Można go przyrównać do Bartka Kurka, co prawda inne pozycje i póki co jeszcze umiejętności, ale skala wagi dla drużyny ta sama. Niektórzy u nas w kraju nazywają Ivana Miljkovica Ivanem Goźnym, ale dla mnie to śmieszne porównanie wynikające z historii. Dla mnie to Ivan Zdobywca, o to dlaczego i wymienię tylko najważniejsze:

       

      MVP turnieju finałowego Ligi Światowej w 2001 roku,

      MVP Mistrzostw Europy w 2001 roku,

      MVP turnieju finałowego Ligi Światowej w 2002 roku,

      MVP turnieju finałowego Ligi Światowej w 2003 roku,

      MVP turnieju finałowego Ligi Światowej w 2005 roku,

      MVP turnieju finałowego Pucharu CEV w 2006 roku,

      MVP Mistrzostw Europy w 2011 roku,

       http://www.google.pl/imgres?q=ivan+miljkovic&hl=pl&client=opera&sa=X&rls=pl&channel=suggest&tbm=isch&prmd=imvnso&tbnid=sJ6gz4HPITCxrM:&imgrefurl=http://www.cronachemaceratesi.it/2009/10/26/la-storia-di-un-campione-il-terribile-ivan-miljkovic/&docid=pYfHQt0rR2_5gM&w=600&h=400&ei=gTB3Tor2B-Kg4gTb1Yi1DQ&zoom=1&iact=hc&vpx=387&vpy=234&dur=7292&hovh=183&hovw=275&tx=103&ty=173&page=11&tbnh=129&tbnw=181&start=223&ndsp=19&ved=1t:429,r:1,s:223&biw=1366&bih=603

      a to tylko nagrody indywidualne. Dorzucając do tego mistrzostwo olimpijskie, dwa mistrzostwa europy, mistrzostwa włoch, grecji, turcji oraz zwycięstwo w europejskiej lidze mistrzów, widzimi gracza niemal spełnionego. W dorobku brakuje mu praktycznie tylko Mistrzostwa Świata, ale złoto olimpijskie w pełni mu to rekompensuje. Szkoda tylko, że nie mamy okazji oglądać go na naszych ligowych boiskach, gdyż swego czasu nie przedłużył kontraktu we włoszech i szukał nowego pracodawcy. Po przygodzie w grecji obecnie reprezentuje barwy tureckiego Fenerbahce. Swego czasu do Ivana był porównywany nasz Mariusz Wlazły, ale to jakby porównywać lwa do młodego lisa. Lis owszem potrafi być niebezpieczny, ale w przeciwieństwie do potężnego lwa nie skrzywdzi nigdy tak, że ktoś się nie podniesie. Może obecność takiej klasy gracza spowodowałaby, że młodzi adepci na pozycji atakującego dużo by się jeszcze nauczyli, bo póki co to właśnie ta pozycja wydaje się być naszą bolączką. 

      Reasumując cieszę się, że to Serbia wygrała Mistrzostwa Europy, a MVP został Ivan Miljkovic. Jest to niesamowita postać dzisiejszej siatkówki, a mam wrażenie, że ostatnimi laty po opuszczeniu ligi włoskiej został trochę zapomniany. W ostatni weekend powrócił i to powrócił w największym stylu.

                                                               

       

      Stanisław Blady

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ivan Zdobywca”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanislawblady
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 września 2011 14:16
  • piątek, 16 września 2011
    • Żegnaj drogi Pavle

      Tekst poświęcony pamięci Pavla Demitry, zmarłemu w katastrofie lotniczej wraz z niemal całą drużyną Lokomotivu Jaroslav.

       

      

       

      Pamiętam jak w roku 2000 kupiłem najnowszą wersję gry NHL i z wielką pasją poświęciłem się tej dynamicznej rozgrywce hokeja na lodzie. W tamtych latach było wiele znakomitości i gwiazd, począwszy od takich jak legendy: Jaromir Jagr, Joe Sakic, Sergey Fedorov czy Dominik Hasek. Wszystkie te nazwiska pasjonatom sportu były bardzo dobrze znane, może nieco mniej niż gwiazd NBA, ale i NHL też zawsze cieszyło się u nas mitem czegoś niezwykłego, walką nadludzi, najlepszych z najlepszych. Wcielając się w różnorakie drużyny nigdy nie brałem jednak ich z dobrodziejstwem inwentarza, ale tworzyłem własną drużynę wybierając zawodników w sztucznym drafcie. I tam prócz gwiazd zawsze pojawiał się on: Pavol Demitra. Świetny zawodnik do dopełnienia pierwszych formacji. Dbra szybkość, strzał i podanie; niezłe trzymanie sięna łyżwach. Zawodnik wręcz idealny do bycia tym trzecim w pierwszym ataku. Gwiazdy w moich drużynach się zmieniały, ale Pavol zawsze zostawał w swojej niezmiennej roli.

      

      Ale skupmy się na Słowaku i jego osiągnięciach.

      Urodzony w 1974 r. w Dubnicy pierwsze swoje sukcesy zaczął zdobywać jeszcze z uwczesną reprezentacją Czechosłowacji U18 i U20. Do NHL trafił w 1993 roku z 227 nr w drafcie. Wybrała go kanadyjska drużyna Ottawa Senators, jednak z powodu niskiego draftu szybko trafił do filialnej drużyny Prince Edward Island Senators grającej w niższej lidze AHL. Przez 3 sezony w głównej drużynie z Ottawy zagrł niecałe 50 spotkań niczym szczególnym się nie wyróżniając, natomiast w lidze AHL błyszczał mając w sezonie przynajmniej tyle samo zdobytych punktów co rozegranych meczy. Na sezon wrócił jednak do rodzimego kraju, by potem z powrotem trafić do NHL, tym razem do drużyny St. Louis Blues. I tu nastąpił rozkwit jego umiejętności. W bluesmenach grał w latach 1995-2004 będąc w tym czasie jedną z gwiazd tej drużyny. Choć drużyna nie osiągnęła większych sukcesów, to indywidualnie w latach 1999, 2000 i 2002, a w roku 2000 został uchonorowany nagrodą Lady Byng Memorial Trophy dla zawodnika grającego najbardziej fair. W tym czasie był już zawodnikiem budzącym wielki szacunek w NHL i oczywiście niekwestionowaną gwiazdą w swoim kraju obok Petera Bondry, Petera Stnastnego i Miroslava Satana. Karierę w NHL zakończył dopiero w 2010 r. w barwach Vancouver Canucks. W sumie w tej lidze rozegrał 848 spotkań, zdobywając 304 bramki i zaliczając 464 asyst. Dalszą karierę do nieszczęsnej katastrofy lotniczej kontunuował w Lokomotivie Yaroslavl, gdzie w seozonie 2010/2011 w 54 meczach zdobył 61 pkt.

       

      

       

      Ostatni raz zobaczyłem Pavla Demitre na lodzie podczas ostatnich mistrzostw świata w jego rodzinnej Słowacji. W 6 spotkaniach zdobył jednąbramkęi miał 2 asysty. Słowacja nic wielkiego nie zwojowała, ale patrząc na Pavla widziałem zawsze tego samego zawodnika, którym grałem w grach z cyklu NHL. Stary dobry Pavol Demitra. Spoczywaj w pokoju.

       

       

                                                                      Stanisław Blady

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanislawblady
      Czas publikacji:
      piątek, 16 września 2011 15:22
  • piątek, 09 września 2011
  • poniedziałek, 22 sierpnia 2011
    • W trosce o kolarzy, czy o kolarstwo?

       

       Zakończyło się Giro d'Italia, Tour de France, czyli teoretycznie dwa najważniejsze wyścigi etapowe na świecie. Za nami także rodzimy wyścig Tour de Pologne, właśnie zaczęła się Vuelta Espana. Przed nami jeszcze Mistrzostwa Świata i sezon będzie zmierzał ku końcowi. Nie jednak o wynikach dzisiaj będzie, ale chciałbym się przyłączyć do dyskusji na temat bezpieczeństwa. Co zrobić by było bezpieczniej, żeby nie zdarzały się śmiertelne wypadki i mrożące krew w żyłach, i w ogóle czy coś robić trzeba (czy może warunki bezpieczeństwa są odpowiednie, a wina leży gdzie indziej)?

      Otóż faktycznie, są momenty w zawodowym peletonie dosyć niebezpieczne. Najniebezpieczniejsze to przede wszystkim finisz z całego peletonu, oraz kręte i strome zjazdy. Tam o groźny wypadek najłatwiej. O ile chodzi o finisz, to w gigantycznej grupie rozpędzonych kolarzy, każdy ruch może spowodować poważną kraksę  sporej liczby zawodników i ciężko dopatrywać się tu winy samych kolarzy, o tyle wypadki nawet na tych najbardziej niebezpiecznych zjazdach, to już w moim przekonaniu wina samych zawodników. Podam swój własny przykład. Podczas amatorskiego podjazdu w bieszczadach na Przełęcz Przysłup od Tyrawy Wołoskiej (swoją drogą polecam podjazd, piękne serpentyny niczym na Tour de France, 5km o średnim nachyleniu 6,2 procenta) na samym szczycie wyprzedził mnie pewien kolarz i w porównaniu z moimi amatorskimi umiejętnościami widać było jego bardzo dobrą technikę. Zjazdy tam są długie i kręte,  ale postanowiłem dotrzymać kroku nieznajomemu.

                                                              Przełęcz Przysłup - serpentyny

       

      Niestety na drugiej serpentynie niemal nie wypadłem z szosy i zrozumiałem, że moje umiejętności nie pozwalają mi na dalsze podążenie za tym kolarzem. Zwyciężył rozsądek i mam wrażenie, że często tego właśnie rozsądku brakuje zawodowcom. Wbrew narzekaniom kolarzy, dyrektorzy sportowi wyścigów nie odkryli nagle to nowych tras i w większości te same zjazdy były już pokonywane na trasach dziesiątki razy. I jak to, z jakiegoś powodu nagle stały się niebezpieczne? Zawodowiec jednak nie przyzna się, że brak mu umiejętności technicznych, by pokonać dany zjazd z określoną prędkością i za wszelką cenę będzie podążał za tym lepszym, tak aby nie tracić czasu w klasyfikacji. W grę wchodzą przecież wielkie pieniądze i prestiż, a zawodnicy tak łatwo z tego nie zrezygnują, nawet jeśli może ucierpieć na tym zdrowie. Najłatwiej zwalić wszystko na niebezpieczną trasę, na kibiców, którzy domagają się igrzysk itp., trudniej jednak doszukać się winy po swojej stronie... 

       

      Dlatego mam pewien postulat w trosce o bezpieczeństwo zawodników pod tym kątem. Może mnie znienawidzą kolarze, ale w grę wchodzi przecież ludzkie zdrowie, a nawet życie. Otóż proponuję wprowadzić przed sezonem obowiązkowe testy związane z umiejętnościami bezpiecznego upadania i przygotowania gimnastycznego. Myślę, że poświęcenie na to jednego dnia przed sezonem to nie jest nic strasznego, a odpowiednia komisja oceniłaby, czy dany kolarz potrafi maksymalnie zminimalizować potencjalne efekty upadku. Jeśli ktoś nie zaliczyłby testu, nie mógłby startować w peletonie, aż do momentu zdania egzaminu. Takie rozwiązanie moim zdaniem sprawiłoby, że kolarze siłą rzeczy musieliby położyć na to nacisk podczas przygotowań do sezonu, i kto wie, może w efekcie uchroniłoby to w wielu przypadkach przed poważnymi kontuzjami.

       

      Druga kwestia, którą chciałbym poruszyć, to słynne już słuchawki w uszach i radiowe porozumiewanie się dyrektorów ekip z zawodnikami. Niektórzy twierdzą, że to zabija kolarstwo. Brak w nim ponieważ nieprzewidywalności. Kolarze wraz ze swoimi dyrektorami potrafią z wielką dokładnością zaplanować np. doścignięcie ucieczek, przez co etapy stają się monotonne i można w ciemno niemal odgadnąć scenariusz danego wyścigu. Można by rzec, że brak tu swego rodzaju romantyczności sportu. Brak herosów, którzy wyłamaliby się z tego mechanizmu i swoją niekonwencjonalną akcją przechyliliby szalę zwycięstwa na swoją stronę. Tego pragną widzowie, natomiast radio i słuchawki w uszach zabijają tą widowiskowość. Tu jednak stanę trochę w obronie kolarzy. Moim zdaniem argument bezpieczeństwa jest tu ważny. Owszem, często jest to naciągane i to nawet dosyć mocno. Uważam jednak, że jeśli słuchawki mają uchronić przed jedną nawet niewielką kraksą w sezonie to warto je stosować. Wyścigi na otwartej przestrzeni mają to do siebie, że pojawiają się na nich zdarzenia nieprzewidywalne. I przed takimi zdarzeniami radio właśnie może chronić. Oczywiście, zabija to trochę wspomniany już romantyzm, ale niestety coś za coś.

       

      Mam jednak propozycję rozwiązania i tutaj. Skoro argumentem za używaniem radia i słuchawek jest bezpieczeństwo, to nie są to przecież informacje tajne. Zatem może tak jak jest to w wyścigach samochodowych F1, pozwólmy komentatorom i widzom przed telewizorami na usłyszenie tych dialogów. Niech stanie się to zatem elementem widowiska. Myślę, że kibiców strasznie ciekawią takie dialogi, a dzięki temu wyścig będzie też bardziej przejrzysty. Może też w efekcie radio stać się wtedy elementem taktyki ponad drużynowej. Chęć zmylenia przeciwników celowymi komentarzami w słuchawkach, może spowodować też właśnie nieprzewidywalność w kolarstwie. Myślę, że to ciekawy pomysł i wzbogaciłoby to na pewno przekaz telewizyjny, przez co kilkogodzinna relacja byłaby mniej monotonna i ciekawsza. Kibice na pewno przyjęliby takie rozwiązanie z entuzjazmem, a kolarze nie mogliby się w tym wypadku zasłonić argumentem bezpieczeństwa, bo dalej takiemu celowi radio też by służyło.

       

      Najtrudniej jednak o dobry pomysł na niebezpieczny finisz z peletonu. Kłopot jest taki, że prócz finiszujących po zwycięstwo, wysoko w peletonie trzymają się też wszyscy ci, którzy walczą o dobre miejsca w klasyfikacji końcowej plus pomocnicy, którzy ich ochraniają. Sprawia, to, że często zainteresowanych, by finiszować w ścisłej czołówce jest nawet w skrajnych przypadkach około 80 kolarzy, lub nawet więcej. Kolarze zapewne by chcieli by na finisz za każdym razem prowadziła prosta i szeroka droga. Niestety taka monotonia po pierwsze mogłaby zabić kolarstwo, a po drugie, nie na każdej mecie etapu da się taką jezdnię znaleźć. Może dlatego warto by poszerzyć jakoś strefę ochronną na ostatnich kilometrach tak by nie dotyczyła tylko tych, którzy się przewrócą. W taki sposób, aby o zwycięstwo walczyli sami zainteresowani na danym etapie, a cała reszta mogłaby np. ostatnie 2km odpuścić, a czas liczyłby się ten sam, nawet jak ktoś dojedzie np. minutę po zwycięzcy. Docelowo prowadziłoby to do tego, że w grupie finiszującej byłoby około 40 kolarzy lub mniej. Zmniejszyłoby się wtedy prawdopodobieństwo poważnej kraksy. To jednak kwestia do dopracowania, bo co np. wtedy zrobić z ucieczkami, które nie zostały dogonione lub dogoniono je na ostatnich metrach. Jak wtedy liczyć czas tych kolarzy względem tych co odpuścili finisz. Myślę zatem, że bezpieczeństwo finiszu to jeszcze największe pole do popisu, jeśli chodzi o ewentualną modyfikację przepisów.

       

      ps. zmniejszyłbym też liczebność kolumny samochodowej i motocyklowej, ale ten pomysł skonktetyzuję następnym razem...

       

      Zapraszam do polemiki,

      Stanisław Blady

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W trosce o kolarzy, czy o kolarstwo?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czytelnik8
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 sierpnia 2011 11:51
  • piątek, 19 sierpnia 2011
    • Gdzie nasza liga, a gdzie szkocka?

      Czas chyba na pierwsze podsumowanie występów naszych drużyn w europejskich pucharach. Przemilczę występ Jagi, bo to spora kompromitacja. Po przygodzie rok wcześniej, piłkarze z Białegostoku byli chyba pewni, że pierwszą przeszkodę miną bez problemu, a prawdziwa walka rozpocznie się dalej. Cóż, myślę, że minie wiele lat zanim w ogóle Jagiellonia będzie miała możliwość gry w pucharach. Śląsk...hmm tu mam mieszane uczucia. Niby spory szacunek za przejście dwóch rund, ale jakiś niedosyt zostaje. Szans w rewanżu z ekipą z Bukaresztu już jednak nie ma. Przeciwnicy pokazali, jaki poziom dzieli jeszcze Ślązaków od europejskiego poziomu. Ale punkty zdobyte dla kraju w rankingu UEFA cieszą.

      UEFA logo 

      Zaskoczyły natomiast Wisła i Legia. Ta druga ekipa rozegrała dobry dwumecz z faworyzowanym Gaziantepsporem. Nie zgodzę się z wieloma dziennikarzami, że to był przypadek i w wielu sytuacjach Legia broniła się rozpaczliwie, a mecz w Warszawie rozczarował. Otóż gra się tak jak przeciwnik pozwala. W Warszawie turcy nie rzucili się do fronalnego ataku i zapłacili za to, bo bramki zdobyć musieli. Kilka sytuacji pod koniec meczu i to żadna stuprocentowa, sprawiły, że to wojskowi awansowali dalej. Niespodzianka? Na papierze tak. Ale uważam, że zarówno występy Wisły i 5 kolejnych zwycięstw, jak i wczorajszy remisowy mecz Legii ze Spartakiem są dowodem na poprawę jakości naszej ligi. Teza może zaskakująca i wielu ją wyśmieje, ale moim zdaniem wyniki mówią za siebie, a występ Lecha przed rokiem wcale nie do końca zakłamywał rzeczywistość. Nie twierdzę, że nasza liga to jakaś potęga i do takiej Rumunii nam naprawdę sporo brakuje. Ale uważam, że polskie kluby z potencjałem mają wszelkie predyspozycje by w Europie się pokazać (Wisła, Lech, Legia). Nowe stadiony i przyzwoite budżety robią swoje.

      /PAP

       

      Zmienia się zresztą mapa w całej Europie jeśli chodzi o poziom. Solidne jeszcze kilka lat temu kluby ze Szkocji dostają w tym roku straszne lanie. Porażka Dundee ze Śląskiem, była tylko przygrywką do totalnego odwrotu klubów z tego kraju. Nie dość, że nie znajdziemy klubów szkockich w LM (porażka Rangers z Malmo), to jeszcze pod znakiem zapytania stoii w ogóle udział drużyn w LE (pierwsze mecze: Celtic-Sion 0-0, Maribor-Rangers 2-1, Hearts-Tottenham 0-5).

      źródło www.telegraph.co.uk

      Kiepsko radzą sobie też uważane za solidne kluby bułgarskie (patrz klęska chociażby z naszymi drużynami). Europa się zmienia (ptrz np. opóźniony start ligii hiszpańskiej, co zaowocuje sporym zmniejszeniem budżetów), i uważam, że krok po kroku będą zyskiwały w tej Europie polskie kluby. Wbrew niektórym uważam też, że Wisłą była zespołem lepszym w pierwszym meczu z Apoelem. Może Krakowianie mieli mniej sytuacji, ale były one na pewno groźniejsze. Zresztą statystyki też minimalnie wskazująna Wisłę (np. więcej strzałów, więcej rzutów rożnych). Moim zdaniem stwierdzenie, że jakaś drużyna pokazała w swoim wykonaniu więcej klasy, gracji i zgrania to w piłce nożnej mit. Na końcu liczy się wynik. A ten można osiągnąć na wiele sposobów...nawet grając totalny antyfutbol (i to nie znaczy, że dana drużyna jest słaba).

       

      Moim zdaniem Wisła zasługuje na LM tak jak Legia na LE. Niestety tej drugiej pewnie nie uda się celu osiągnąć. Ale może za rok... i jeszcze jedno, życzę naszym drużynom dorównania do poziomu klubowego w Rumunii, bo na dzień dzisiejszy to powinien być nasz cel... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Gdzie nasza liga, a gdzie szkocka?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czytelnik8
      Czas publikacji:
      piątek, 19 sierpnia 2011 18:51

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny